Podróże

Budżetowy backpacking po Indiach: ile naprawdę wydasz dziennie i gdzie najbardziej opłaca się jechać

Budżetowy backpacking po Indiach: ile naprawdę wydasz dziennie i gdzie najbardziej opłaca się jechać

Pierwszy raz w Indiach z plecakiem: ile naprawdę trzeba wydać dziennie

Pierwszy poranek w Indiach. Za oknem klaksony, ktoś sprzedaje chai w papierowych kubkach, z naprzeciwka pachnie smażonymi puri, a w głowie jedno: „OK, ale ile mnie to dziś wszystko wyniesie?”

Jeżdżę po Indiach w trybie bardzo budżetowym. Liczę każdy rupee, spisuję wydatki w telefonie i nieraz odmawiam sobie kawy w hipsterskiej kawiarni, bo patrzę na menu i myślę: „to są dwie konkretne kolacje z ulicy”. I da się. Da się ogarnąć dzień między mniej więcej 100 a 160 zł, bez udawania, że przeżyjesz tydzień za trzy mango i butelkę wody.

Gdy cisnąłem w najtańszych regionach, w okolicach 100–120 zł dziennie wchodziło mi w pakiet:

proste łóżko w hostelu albo rodzinnym guesthousie, kilka porcji street foodu, woda, lokalne autobusy, tuk-tuki na krótkie odcinki i małe rzeczy typu karta SIM, pranie czy wejściówka do świątyni. Bez szaleństw, ale też bez dramatów.

Kiedy pozwalałem sobie na 140–160 zł, nagle świat robił się sporo wygodniejszy: zamiast łóżka w dormie brałem pokój z prywatną łazienką, jadłem w lokalnej knajpce, ale z czystymi stolikami i kuchnią za szybą, a od czasu do czasu wskakiwałem do klimatyzowanego wagonu w pociągu, zamiast smażyć się w sleeperze przy otwartych oknach.

Nie będę tu robił encyklopedii cen. To raczej zestaw obserwacji z drogi, który ma ci pomóc ustalić swój poziom komfortu i budżetu. Przed pierwszym wyjazdem dobrze mi zrobiło przejrzenie ogólnych kosztów życia i hoteli w kilku miastach Indii na serwisie HikersBay – tam widać czarno na białym, że różnica między na przykład Mumbajem a Jaipur jest jak między kawą speciality a lurą z automatu.

Im dalej w tekst, tym bardziej wchodzimy w konkret: gdzie łatwiej zejść do okolic 100 zł za dzień, a gdzie 160 zł to dolna granica, jeśli nie chcesz spać pod jednym wentylatorem z pięcioma innymi osobami w pokoju bez okna.

Gdzie w Indiach jest najtaniej: Goa to nie cały kraj

Spora część znajomych, kiedy słyszy „Indie”, widzi przed oczami Goa, Delhi i Taj Mahal. Tyle że portfel ma trochę inną wizję wymarzonej trasy.

Najtaniej spało mi się zdecydowanie poza tym głównym folderem z Instagrama. Małe miasta w Rajasthanie, miasteczka w Madhya Pradesh, spokojniejsze miejsca w interiorze Kerali czy Tamil Nadu – tam nagle okazywało się, że mogę oddychać finansowo.

W jednej małej miejscowości w Rajasthanie za prosty pokój dwuosobowy z wentylatorem płaciłem jakieś 40–50 zł. Bez klimatyzacji, za to z jaszczurką na ścianie w pakiecie. Obiad na ulicy – pełny talerz warzyw, ryż, sosy, czasem jeszcze deser – wychodził mnie 4–6 zł. Wtedy człowiek łapie, że 100–120 zł dziennie wcale nie jest kosmicznie ambitnym planem.

Dla kontrastu: Delhi czy Mumbaj. Za podobny standard pokoju nagle leci 80–120 zł, a jeśli chcesz być w sensownej okolicy i nie w piwnicy, to bliżej górnej granicy. Dorzuć dwa-trzy przejazdy Uberem czy tuk-tukiem, trochę jedzenia w miejscach, które nie wyglądają jak scenografia do filmu o zatruciach pokarmowych – i nagle budżet 100 zł dziennie składa się jak domek z kart.

Sezon wszystko dodatkowo przekręca. W popularnych częściach Goa, w Varanasi, Rishikesh czy w turystycznych rejonach Jaipuru wystarczy, że przyjeżdża więcej zagranicznych gości, i ceny pokojów oraz jedzenia przy „białej bańce” – modnych kawiarniach, dachach z jogą, bowlach z granolą – lecą w górę. Pamiętam wieczór w jednym bardzo znanym miasteczku: krążyłem z plecakiem po guesthousach, a przy każdym „fully booked” albo cena x2 w porównaniu z tym, co widziałem rano w internecie. W końcu wziąłem coś piętro wyżej niż planowałem, bo wszystkie tańsze miejscówki były już zajęte.

Jeśli naprawdę chcesz trzymać się widełek 100–120 zł dziennie, lepiej planować trasę z naciskiem na drugorzędne miasta i spokojniejsze miasteczka, a te najbardziej „instagramowe” adresy wrzucać na jeden, góra dwa dni. Nie tydzień. W planowaniu sporo daje proste porównanie kosztów życia i szczególnie hoteli w różnych regionach w HikersBay albo bezpośrednio w zakładce ceny hoteli i noclegów. Dobrze wtedy widać, że Bangalore czy Mumbaj to zupełnie inny poziom niż Jaipur czy Kochi.

Tanie noclegi, street food i transport: jak nie spalić budżetu w trzy dni

Mój ulubiony błąd z pierwszego dnia w Delhi: zmęczony po locie kliknąłem pierwszy hostel z Bookinga blisko centrum. „Wygląda OK, trudno, zapłacę trochę więcej za spokój”. Na recepcji zeszło mi nagle prawie pół dziennego budżetu. Rano poszedłem na spacer i ulice dalej znalazłem rodzinny guesthouse za praktycznie połowę ceny.

Największe różnice w portfelu robią trzy rzeczy: łóżko, jedzenie i to, czym się przemieszczasz.

W hostelu w stylu backpackerskim łóżko w dormie zdarzało mi się płacić 20–30 zł. Czasem było super – wygodne łóżka, klimatyzacja, fajna ekipa. Czasem było tak sobie: zimny prysznic, umierający wiatrak na suficie i kogut drący się o piątej rano. Przy pokojach dwuosobowych w prostych guesthousach zwykle lądowałem w okolicach 40–60 zł. Zależnie od miasta dostawałem za to wifi, łazienkę w pokoju albo przynajmniej czysty wspólny prysznic na piętrze.

Parę drobnych trików, które bardzo pomagają:

Najpierw zaglądam do jednego–dwóch miejsc znalezionych online, a potem pytam o ceny w sąsiednich guesthousach. Bardzo często na miejscu dostawałem niższą stawkę niż w internecie, szczególnie przy deklaracji, że zostanę trzy–cztery noce. Delikatne targowanie się o pokój przy dłuższym pobycie jest wręcz oczekiwane. Zawsze też dopytywałem, czy w cenie jest woda do pokoju i prosty breakfast – czasem to dosłownie dwa tosty, ale nawet wtedy od razu wiesz, na czym stoisz.

Jedzenie to drugi filar oszczędzania. Street food potrafił mi uratować budżet nie raz. Chai za 1–2 zł, talerz porządnego thali za około 6–8 zł, momo albo samosa za kwoty, które w Polsce wrzuciłbym do słoika na drobne. Problem w tym, że pierwsze dni zwykle kończyły się zbyt odważnym podejściem: jadłem wszystko, co pachniało, bez sprawdzania, ilu klientów stoi w kolejce i jak wygląda woda do mycia naczyń. Raz skończyło się to tak, że pół nocy spędziłem zaprzyjaźniony z sedesem.

Od tamtej pory mam prostą zasadę: jeśli coś wygląda zbyt ryzykownie, a różnica w cenie między ulicznym stoiskiem a skromną knajpą z kuchnią za szybą to 3–4 zł, to wybieram tę drugą opcję. Wolę dopłacić drobne na miejscu niż później kupować leki i tracić dwa dni podróży.

Trzecia rzecz to transport. Pociągi i autobusy potrafią być śmiesznie tanie, ale też mocno testują cierpliwość. Najbardziej lubię nocne przejazdy pociągiem w klasie sleeper. Za dłuższą trasę płaciłem nieraz tyle, co za łóżko w tanim hostelu, a jednocześnie miałem „hotel na kółkach” – spałem na kuszetce, rano wysiadałem w nowym mieście, bez tracenia dnia na dojazd.

Wagon z klimatyzacją kosztuje więcej, ale przy 40 stopiach na zewnątrz to czasem jedyna opcja, żeby wysiąść w jednym kawałku. Robiłem tak zwłaszcza przy dłuższych trasach, bo po ośmiu godzinach w saunie człowiek nie ma siły na zwiedzanie.

Lokalne autobusy to osobna przygoda. Przejazd za grosze, ale pamiętam jeden kurs pięć godzin po dziurach. Trzęsło tak, że ciężko było przytrzymać butelkę wody, a ja przez godzinę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie połamie mi się kręgosłup. Tanio, ale nie zawsze wesoło.

Przy takim miksie – tanie hostele, street food, pociągi sleeper, lokalne busy – mieściłem się zwykle między 100 a 140 zł dziennie. Kiedy dorzucałem od czasu do czasu lepszy hotel z klimatyzacją, kawę w kawiarni dla cyfrowych nomadów i klimatyzowane pociągi, budżet szedł w okolice 160 zł.

Największe niespodzianki? Ukryte koszty. Dopłata za bagaż w tanich liniach, obowiązkowy depozyt w recepcji, prowizje przy wymianie gotówki, absurdalnie drogie wejściówki do niektórych atrakcji czy parków narodowych. Jeśli w głowie nie ma na to choć małej rezerwy, plan potrafi się rozsypać w dwa dni.

Oszczędzanie z głową: bezpieczeństwo, komfort i inspiracje na kolejne tanie podróże

W pewnym momencie każdy backpacker w Indiach ma to samo pytanie: ciśniemy budżet do bólu czy jednak dokładamy trochę za święty spokój?

Ja też miałem fazę „jestem twardy, biorę najtańsze, co się da”. Skończyło się pokojem bez okna, tuż przy ruchliwej ulicy. Klaksony do późnej nocy, światło z neonów, wentylator wył jak startujący samolot. Po trzech godzinach snu zebrałem swoje rzeczy i o trzeciej nad ranem szukałem nowego miejsca. Finalnie i tak zapłaciłem więcej niż za normalny pokój w spokojniejszej okolicy.

Po kilku takich akcjach przestałem się bać dopłaty 20–30 zł za nocleg tam, gdzie czuję się bezpiecznie i gdzie wiem, że się wyśpię. To samo z transportem: w nocy nie biorę najtańszego tuk-tuka z głównej ulicy, tylko wolę dorzucić parę złotych za kierowcę poleconego przez guesthouse albo za oficjalną taksówkę spod dworca.

Bezpieczeństwo finansowe też jest ważne. Zawsze trzymam część gotówki schowaną osobno, trochę w portfelu, trochę w plecaku. Nigdy wszystkiego w jednym miejscu. Do tego sensowne ubezpieczenie i kilka podstawowych leków w plecaku. Raz widziałem rachunek za wizytę w prywatnej klinice u innego podróżnika – to było mniej więcej tyle, ile mój tydzień życia w tanim trybie. Wtedy człowiek przestaje się zastanawiać, czy ubezpieczenie „się opłaca”.

Po paru tygodniach w Indiach głowa przestawia się na zupełnie inny tryb. Zaczynasz widzieć, gdzie naprawdę warto przyciąć, a gdzie oszczędzanie jest zwyczajnie głupie. Ten mindset bardzo łatwo przenieść później na inne kraje Azji. Nie tylko te oczywiste, z kurortami.

Jeśli kusi cię Azja, ale w trochę innym klimacie niż Indie, zerknij na tekst o Japonii poza utartym szlakiem – tam też da się podróżować taniej, niż się powszechnie uważa. Dla tych, którzy planują Wietnam, dobrym uzupełnieniem jest poradnik o pierwszych dniach po przylocie do Wietnamu – bardzo przydatne, jeśli chcesz uniknąć powtarzania cudzych błędów.

Ciekawą konsekwencją taniego backpackingu po Indiach jest to, że część ludzi nagle zaczyna myśleć o dłuższym pobycie w Azji, nawet o pracy w IT w Japonii. Wtedy przydaje się tekst o pensjach w japońskim IT – pozwala ogarnąć, jak ten azjatycki sen wygląda od strony konta bankowego.

Indie bardzo uczą kombinowania z budżetem i trochę sprowadzają na ziemię. Nie chodzi o to, żeby zaplanować każdy rupee co do rupii, tylko żeby mieć na tyle ogarnięty plan, by móc skupić się na zapachu chai o poranku, a nie na nerwowym odświeżaniu aplikacji bankowej.

O autorze

Sebastian Boguszewicz

Podróżnik, fotograf podróżniczy. Architekt oprogramowania. https://500px.com/p/sebbie1o1