Podróże

Hoi An na luzie: rower, kuchnia, plaże i wioski w środkowym Wietnamie

Hoi An na luzie: rower, kuchnia, plaże i wioski w środkowym Wietnamie

Dlaczego środkowy Wietnam to idealne miejsce na „bezspinkowe” aktywne wakacje

Środkowy Wietnam to miejsce, gdzie można się ruszać, spocić, coś zobaczyć, ale jednocześnie nie udawać, że trenuje się do triathlonu. W okolicach Hoi An i Da Nang odległości są krótkie, teren jest w większości płaski, a w promieniu kilku kilometrów masz wszystko: morze, pola ryżowe, warzywne wioski, rzekę i stare miasto z lampionami.

Przed dniem na rowerze lub plaży warto sprawdzić pogodę w Da Nang i okolicach Hoi An — oba miasta leżą blisko siebie, a prognoza temperatury odczuwalnej, opadów i wiatru ułatwia wybranie najlepszych godzin na aktywności.

Pierwszego dnia stwierdziłem, że „będzie lajcik, co to jest 15 km na rowerze”. Po powrocie z Tra Que koszulka nadawała się już tylko do wyżęcia, a ja zrozumiałem, że tropikalne słońce robi z tym dystansem swoje. Ale dalej było przyjemnie, nie hardkorowo. Taki poziom wysiłku, po którym nadal masz ochotę na kolację, a nie na karetkę.

Przeglądając programy wyjazdów na 2025, na przykład Asia Dream Trips, zobaczyłem, że sporo biur podróży układa teraz pobyty w Hoi An właśnie pod ten klimat: trochę roweru, trochę łódki, wizyty na polach i w wioskach, do tego dużo jedzenia. Nie obóz przetrwania, tylko aktywny urlop bez spiny.

Moją ambicją nie było „odhaczenie” całego Wietnamu w 5 dni. Wolałem posiedzieć kilka nocy w jednym miejscu, ogarnąć okolicę metr po metrze i poczuć, jak to miasto działa rano, a jak późnym wieczorem, kiedy wycieczki już wracają do hoteli.

Przy planowaniu bardzo pomagał mi HikersBay. Z jednej strony sprawdzałem tam mniej więcej poziom cen jedzenia i codziennych wydatków, z drugiej — przeglądałem orientacyjne koszty noclegów, żeby nie skończyć w hotelu „z widokiem na budowę”. Raz rzuciłem też okiem na klimat i pogodę, bo niespodzianka w postaci tygodnia ulew to średni dodatek do rowerowych planów.

Jeśli lubisz dni, w których jest trochę ruchu, coś lokalnego na talerzu, odrobina kultury, ale jednocześnie pilnujesz budżetu, środkowy Wietnam składa się w logiczne puzzle. Rower, kurs gotowania, wizyta na polach, plaża, spokojny rejs łódką – wszystko da się ułożyć w sensowny, niebankrutujący plan.

Rowerem z Hoi An do Tra Que i po okolicy: ile ruchu, ile kasy, ile potu

Najprzyjemniejszy moment dnia? W Hoi An zdecydowanie poranek. Miasto dopiero się budzi, od rzeki ciągnie lekkim chłodem, a słońce jeszcze nie robi z ulic grilla. Wskakuję wtedy na rower, wyjeżdżam z centrum i po kilku minutach zamiast lampionów mam przed sobą pola ryżowe i palmy.

Tra Que to mała wioska warzywników, kilka kilometrów od starego miasta. Hoduje się tam zioła i warzywa, które później lądują w knajpach w Hoi An. Pachnie kolendrą, miętą, bazylią, a ziemia jest tak czarna, że prawie wygląda jak z photoshopa.

Typowy dzień na rowerze według programów polskich biur wygląda mniej więcej tak: spokojny przejazd przez pola, co chwilę przystanek na zdjęcia bawołu, który w ogóle się tobą nie przejmuje, wizyta w gospodarstwie, szybkie pokazówki, jak podlewa się grządki, czasem możliwość samodzielnego „machnięcia motyką”, a na końcu wspólny lunch na miejscu.

Moja najdłuższa trasa jednego dnia wyszła koło 20 km. Z przerwami, milionem zdjęć i tempem „byle nie paść”. Da się to zrobić bez większego przygotowania, jeśli na co dzień przynajmniej czasem chodzisz po schodach, a nie zawsze windą.

Budżetowo wyglądało to tak: będąc na objazdówce z biurem, dopłata za opcję rowerową była naprawdę symboliczna w skali całego wyjazdu. Coś w rodzaju „tyle, co dwie kawy w lotniskowej kawiarni”. W cenie był rower, przewodnik, lunch i wejścia po drodze. Samodzielnie też nie wychodzi kosmicznie: za cały dzień wypożyczenia roweru w Hoi An płaciłem około 15–20 zł, prosty obiad w lokalnym barze z ryżem i warzywami wychodził mi zwykle 10–12 zł, napój kokosowy czy sok z mango 6–8 zł.

Najbardziej zapamiętałem pierwsze pięć minut na ulicy. Ruch wydawał się kompletnym chaosem: skutery z każdej strony, klaksony, nikt niby nie przestrzega zasad, ale po chwili okazało się, że to jakoś działa. Wszystko dzieje się wolno, każdy patrzy na wszystkich dookoła, i po dwóch skrzyżowaniach przestałem ściskać kierownicę jak kierowca tira w śnieżycy.

Przed wyjazdem sprawdziłem też na HikersBay, jak wygląda pogoda w okolicy Hoi An w wybranym miesiącu. Chciałem uniknąć tygodnia, kiedy lało prawie codziennie. Rower ma swój urok, ale pchanie go przez błoto przy burzy już mniej.

Jeśli nie czujesz się super sprawny, trasa do Tra Que nadal jest spokojną opcją. Prawie cała droga jest płaska, jedziesz powoli, przewodnik zwykle i tak dostosowuje tempo do grupy. To bardziej rowerowy spacer niż trening przed maratonem.

Gotowanie, pola i plaże: jak połączyć kulturę, jedzenie i leniwą aktywność w jednym dniu

Mój ulubiony schemat dnia w Hoi An wyglądał tak: rano lekki rower lub spacer na pola, w południe kurs gotowania, po południu plaża An Bang albo Cua Dai, a wieczorem łagodny rejs łódką po Thu Bon. Brzmi jak dużo, ale w praktyce to raczej miłe urozmaicenie niż wycieczka kondycyjna.

Kurs gotowania to w Hoi An małe wydarzenie. Zaczyna się od wyjścia na lokalny rynek. Przewodniczka co chwilę wciska mi w rękę jakiś liść i pyta, co czuję. Ja czuję głównie, że kompletnie nie wiem, co jem, ale po kilku próbach zaczynam odróżniać poszczególne zioła. W programie zwykle jest kilka dań: sajgonki, prosta sałatka, czasem zupa. Moje pierwsze spring rolls wyglądały jak rulony złożone przez kogoś w rękawicach narciarskich, ale smakowały zaskakująco dobrze.

To fajny sposób, żeby zrozumieć, co właściwie pojawia się na talerzu w Wietnamie. Zamiast kolejny raz prosić kelnera o „coś z ryżem” z angielskiego menu, wiesz już, co zamawiasz i czego się spodziewać.

Za pół dnia z gotowaniem, zakupami na rynku i jedzeniem płaciłem około 120–150 zł. Sporo atrakcji jak na jedną opłatę, szczególnie że w zestawie masz też solidny lunch.

Pomiędzy tymi atrakcjami dobrze robią krótkie spacery po polach i małych wioskach. Wpadasz do warsztatu, gdzie ktoś robi papier ryżowy, zaglądasz do miejsca, w którym tnie się miski z kokosa, próbujesz pogadać z lokalnymi przez translator w telefonie. Czasem kończy się to niezręcznym śmiechem i selfie, ale właśnie o to chodzi.

A potem przychodzi pora na plażę. An Bang i Cua Dai są do ogarnięcia rowerem albo krótkim przejazdem taksówką. Na miejscu bierzesz leżak za około 10–15 zł za cały dzień, sok z mango za 8–10 zł, patrzysz na morze i masz wrażenie, że portfel dalej oddycha. To nie jest poziom cenowy europejskich kurortów, gdzie za leżak czujesz się, jakbyś spłacał ratę kredytu.

Wieczorem łagodny rejs łodzią po Thu Bon. Zero raftingów, żadnych progów, tylko wolny spływ przy zachodzie słońca, czasem z lampionami rzucanymi na wodę. W programach wyjazdów ta atrakcja bywa już w pakiecie, więc nie dopłacasz nic ekstra, tylko po prostu idziesz na przystań.

W efekcie dzień jest pełen ruchu, ale raczej w stylu: trochę roweru, trochę chodzenia, trochę stania przy patelni niż 20 km trekkingu po skałach. Zakwasy? Nie miałem ani razu.

Jak ogarnąć budżet i plan dnia, żeby zobaczyć dużo, ale nie paść na twarz

Plan układałem od najprostszej strony. Najpierw spojrzałem na program biura podróży i wybrałem wariant z bazą w Hoi An na kilka dni, zamiast codziennego pakowania walizki. Potem zaznaczyłem wszystko, co brzmiało aktywnie, ale przyjemnie: rower do Tra Que, kurs gotowania, rejs łodzią, wypady na pola i do wiosek.

W zorganizowanym wyjeździe większość rzeczy jest już w cenie. Rower, łódka, sporo posiłków, przejazdy. Moja rola sprowadzała się do żonglowania dodatkowymi wydatkami: obiady poza programem, masaż po rowerze, kawa w zbyt ładnej kawiarni, żeby ją ominąć, czasem lokalny przewodnik na własną rękę.

Żeby nie zamienić tego w matematykę wyższą, dzieliłem dzień w głowie na trzy bloki: rano „ruch” (rower, spacer, wioski), w środku dnia „kuchnia” (lokalne jedzenie, kurs gotowania, rynek), pod wieczór „leniwy widok” (plaża, rejs, przechadzka po starym mieście). W praktyce wychodziło to całkiem naturalnie, bo w południe i tak jest zbyt gorąco na większe szaleństwa.

Przed wyjazdem porównałem też ceny noclegów i ogólny poziom kosztów przez HikersBay. Zajęło mi to może pół godziny, ale od razu wiedziałem, że środkowy Wietnam wypada znacznie łagodniej finansowo niż np. górskie wyprawy. Za przyzwoity hotel płaciłem w okolicach 150–200 zł za noc ze śniadaniem, co przy tej ilości atrakcji w okolicy brzmiało uczciwie.

Osoby przyzwyczajone do dłuższych trekkingów po górach często są zaskoczone, jak „light” wypada Hoi An. W tekście „Budżet na Himalaje 2025/2026: ile naprawdę kisztuje trekking pod Everest i Annapurnę?” widać dobrze, że tam każdy dzień to realny wysiłek i konkretne wydatki: pozwolenia, sprzęt, noclegi na szlaku. Przy tym wszystkim rower między polami ryżowymi i kurs gotowania to wakacje w trybie „easy mode”.

Jeśli ktoś woli chłodniejsze klimaty i zupełny reset od cywilizacji, może przejrzeć plan wyprawy opisany w tekście „3 tygodnie w Patagonii krok po kroku: gotowy plan trasy z cenami, który możesz skopiować”. Tam rządzą wiatr, lodowce i długie marsze, a środkowy Wietnam to raczej opcja: rower, plaża, zupa pho i lampiony wieczorem.

Gdzie dalej po Hoi An: inspiracje na kolejne podróże dla miłośników aktywnego luzu

Środkowy Wietnam idealnie sprawdza się, jeśli szukasz balansu między ruchem, kulturą i dobrym jedzeniem. Po kilku dniach krążenia między Hoi An, Tra Que a plażami trudno było mi potem siedzieć bez celu na hotelowym leżaku w innych miejscach. Człowiek nagle widzi, że da się odpoczywać aktywnie, ale bez katowania się kilometrami.

Jeśli spodobał ci się miks kuchni i ruchu, rzuć okiem na Azję także od strony ulicznego jedzenia. W innym tekście opisuję to szerzej: „Co zjeść w Tajlandii nietypowego? 15 autentycznych hitów street foodu” pokazuje, że Azja Południowo-Wschodnia to nie tylko pad thai i pho, ale cały świat dziwnych (i świetnych) przekąsek.

Miłośnikom gór i większego wyzwania polecam z kolei wspomniany już tekst o budżecie na Himalaje – to zupełnie inny poziom wysiłku niż rower do Tra Que, ale satysfakcja też jest inna.

A jeśli ciągnie cię na przeciwległy biegun klimatu i krajobrazów, zajrzyj do planu wyprawy „3 tygodnie w Patagonii krok po kroku: gotowy plan trasy z cenami, który możesz skopiować” – od lepkiego od wilgoci Wietnamu do wiatru i lodowców jest daleko, ale obie wersje świata robią w głowie porządek.

Na kolejny wyjazd wybierz chociaż jedno miejsce, gdzie da się połączyć ruch, jedzenie i lokalne życie, zamiast tylko zmieniać leżaki przy hotelowym basenie.

O autorze

Sebastian Boguszewicz

Podróżnik, fotograf podróżniczy. Architekt oprogramowania. https://500px.com/p/sebbie1o1