Podróże

Backpacking po Ameryce Południowej w 2025: realne koszty, autobusy i hostele bez filtrów

Backpacking po Ameryce Południowej w 2025: realne koszty, autobusy i hostele bez filtrów

Od marzenia do biletu w jedną stronę: jak naprawdę wygląda pierwszy backpacking po Ameryce Południowej

W wyobraźni wisiałem w hamaku między palmami, w jednej ręce ceviche, w drugiej bilet na Machu Picchu. W praktyce: pierwsza noc na kontynencie, dworzec autobusowy w Limie, 3:07 nad ranem, ja siedzę na plecaku i poluję na jedyny kąt z wifi. Z głośników peruwiański pop, w powietrzu spaliny i smażone kurczaki. Instagram tego nie pokazuje.

Pierwszy raz ruszyłem z plecakiem po Ameryce Południowej świeżo po przejrzeniu najnowszych przewodników backpackerskich na 2025 rok i budżetowych rozpisek z serwisów typu southamericabackpacker.com. A potem i tak wszystko zweryfikował mój notes i terminale kart w autobusach.

Leciutko upraszczając: tu nie ma all inclusive. Decyzje zapadają z dnia na dzień, spanie w hostelach, każdy obiad w arkuszu wydatków. W zamian dostajesz wolność, której nie daje żaden hotel z opaską na ręku.

Pamiętam pierwszy szok cenowy: Boliwia. W Santa Cruz zapłaciłem za ogromny talerz kurczaka z ryżem i sałatką jakieś 10 zł w przeliczeniu. Przez kolejne dwa dni chodziłem po mieście i sprawdzałem, czy to nie był przypadek. Nie był.

W tym tekście trzymam się tego, co mam w notesie: ile naprawdę wydawałem dziennie w różnych krajach, jak ogarniałem autobusy dalekobieżne, czym kierowałem się przy wyborze hosteli i co potrafiło zaboleć cenowo. Bez listy „top 10 atrakcji”, raczej spokojny, praktyczny przewodnik po życiu z plecakiem. Na końcu podrzucam też parę linków, jeśli ktoś będzie chciał wgryźć się mocniej w temat taniego jedzenia albo porównywania kierunków.

Hostele, śniadania i zimne prysznice: jak wybierałem noclegi i ile to kosztowało w różnych krajach

Jeden z noclegów, który pamiętam do dziś, to 10-osobowy dorm w Medellín. Na dachu hamaki, w cenie proste śniadanie, a po kuchni latał kot, który regularnie kradł ser z talerzy turystów. Za łóżko płaciłem wtedy równowartość jakichś 45–50 zł za noc. Hałas w nocy gratis.

W Boliwii bywało jeszcze taniej. W La Paz spałem w hostelu za około 30 zł za łóżko w dormie, co w mojej głowie równało się cenie taniego obiadu w Polsce. W Peru podobnie – w Arequipie za fajny, czysty dorm z dobrym wifi dawałem około 40 zł.

Schody zaczęły się w Chile. W Santiago za łóżko w pokoju wieloosobowym płaciłem już 80–90 zł. W Valparaíso trafiłem na miejsce, które kosztowało prawie tyle co budżetowy hotel gdzieś w Europie, a i tak miałem współdzieloną łazienkę i zimną wodę przez pół poranka. Argentyna potrafiła dorzucić swoje – raz za dorm w Buenos Aires przyszło mi zapłacić prawie 100 zł, bo przy kursie walut wszystko nagle skoczyło.

Dla własnego zdrowia psychicznego podzieliłem sobie tryby podróżowania na trzy poziomy:

Budżet „ściskam pasa”: spałem w najtańszych dormach, często bez śniadania. Dziennie na wszystko wydawałem około 120–130 zł w Boliwii czy tańszej części Peru. Wchodziło w to łóżko, dwie proste miejscowe potrawy z ulicy, lokalne autobusy i jedna drobna atrakcja typu muzeum.

Środek: to mój standard. W Peru, Kolumbii czy Ekwadorze wychodziło mi około 160–190 zł na dzień. Łóżko w przyzwoitym hostelu, śniadanie w cenie albo tani brunch w knajpce, jedno piwo wieczorem, czasem Uber z dworca, a raz na tydzień prywatny pokój, żeby w końcu rozrzucić rzeczy po podłodze i nie szeptać po 22.

Tryb „trochę się rozpieszczam”: używałem go głównie w Chile i Argentynie. Budżet skakał do 230–260 zł dziennie. W praktyce oznaczało to lepszą lokalizację hostelu, częściej prywatny pokój i normalną kawę zamiast rozpuszczalnej z termosu.

Przy rezerwacjach przewijały się głównie Booking i Hostelworld. Przed wyborem miasta lub kraju czasem zerkałem też na serwisy w stylu HikersBay, żeby zobaczyć ogólne ceny noclegów i poziom kosztów życia. Ważne były opinie o bezpieczeństwie, realne zdjęcia (jeśli wszystkie są z jednego kąta, to coś tu pachnie), info o wifi i lokalizacja blisko metra albo głównego placu.

Raz zachciało mi się „sprytnej” oszczędności. W Limie znalazłem hostel o jakieś 20 zł tańszy od reszty, tylko trochę dalej od centrum. W praktyce „trochę” oznaczało godzinną jazdę busikiem w jedną stronę. Rano korki, wieczorem korki, a ja codziennie traciłem dwie godziny na dojazdy. Po trzecim dniu przeniosłem się bliżej, dopłaciłem te kilka dolarów i nagle miałem więcej dnia. Różnica była odczuwalna.

Autobusy dalekobieżne, lokalne linie i nocne przejazdy: jak nie zwariować w trasie i przy okazji oszczędzić

Mój pierwszy nocny autobus w Ameryce Południowej to klasyczna lekcja „najtańszy nie znaczy najlepszy”. Trasa w Peru, kupuję najtańszy bilet, bo przecież „to tylko jedna noc”. Okazało się, że fotel prawie się nie rozkłada, kolana mam wciśnięte w siedzenie przede mną, a z małego telewizorka nad głową przez całą noc leci telenowela na pełnej głośności. O spaniu można było zapomnieć.

Z czasem zacząłem widzieć różnice między krajami. W Brazylii i Chile autobusy są naprawdę wygodne – duże fotele, czasem ciepły koc, często coś do picia. Tyle że cena potrafi wejść mocno w dzienny budżet. Za dłuższą trasę w Chile płaciłem po 150–200 zł. W Brazylii na przykład za całonocny przejazd między dużymi miastami wyszło mi około 180 zł.

Boliwia to inna bajka. Taniej, za to bardziej surowo. Za kilkugodzinny przejazd płaciłem w okolicach 25–40 zł, ale stan drogi i autobusu czasem przypominał szkolną wycieczkę w latach 90. W Peru trafiłem już na sensowny kompromis: firmy z klasami siedzeń semi-cama i cama, większy komfort, nadal w granicach rozsądnych kosztów. Nocna trasa z Limy do Arequipy kosztowała mnie około 120 zł w lepszej klasie.

Rozkłady i ceny sprawdzałem różnie. Czasem były to strony lokalnych przewoźników, czasem porównywarki połączeń autobusowych. Bywało też, że po prostu schodziłem na recepcję hostelu i pytałem, którą firmę wybrać i co jest bezpieczniejsze. Do planowania zdarzało mi się używać aplikacji z wyszukiwarką autobusów, a do oceny ogólnych warunków podróży i bezpieczeństwa regionu podpierałem się takimi miejscami jak HikersBay oraz mapami z oznaczeniami opinii innych turystów.

Nocne przejazdy to klasyczny trik na oszczędność noclegu. W Boliwii czy Peru miało to sens – ceny umiarkowane, trasy w miarę proste, a ja rano byłem na miejscu i mogłem od razu ruszać w miasto. W Andach bywało gorzej. Jedna kręta droga przez góry nauczyła mnie, że nawet jeśli bilet jest tańszy o 15 zł, to przy czterech godzinach bujania i zakrętów człowiek wysiada jak po całonocnym locie bez snu.

Najbardziej zapadła mi w pamięć sytuacja, gdy w Argentynie wziąłem tańszą klasę siedzeń, żeby „przyciąć” 20–25 zł na bilecie. Na mapie trasa wyglądała niewinnie. W praktyce każda dziura na drodze przypominała uderzenie. Po tej nocy zacząłem czytać mapy w godzinach, nie w kilometrach.

Realne dzienne budżety, pułapki turystyczne i proste aplikacje, które ratują portfel

Z mojego notatnika wyciągam trzy poziomy krajów. Tanie: Boliwia i część Peru. Przy normalnym, nie ascetycznym trybie wydawałem tam około 130–150 zł dziennie. Wchodził w to dorm w hostelu, jedno śniadanie lub obiad z ulicy, jeden bardziej „turystyczny” posiłek, lokalny transport i jakiś bilet wstępu – ruiny, muzeum, punkt widokowy.

Średnia półka: Kolumbia i Ekwador. Tu mój dzienny budżet wahał się wokół 170–190 zł. Trochę lepsze hostele, częściej kawa w kawiarni zamiast termosu w hostelu, czasem taksówka z dworca, a nie zawsze miejskie busiki.

Drożej robiło się w Chile, Argentynie i części Brazylii. Tam spokojnie dochodziłem do 220–260 zł na dobę przy podobnym stylu życia. W Chile praktycznie każdy obiad w zwykłej restauracji kosztował mnie tyle, co cały dzień jedzenia ulicznego w Boliwii. W Argentynie dochodził jeszcze temat skaczącego kursu waluty – jednego dnia coś wydawało się tanie, po tygodniu w Excelu wyglądało już mniej wesoło.

Te liczby to mieszanka własnych zapisków z trasy i tego, co widziałem w aktualnych przewodnikach dla backpackerów na 2025 rok. Nie żyłem na samym makaronie z sosem pomidorowym, ale też nie jadłem steków codziennie.

Pułapki? Klasyka. Restauracje z „angielskim menu” przy głównych placach, gdzie płacisz tyle, co dwie ulice dalej za porządny obiad dla dwóch osób. Pierwszego dnia w Cusco usiadłem w jednej z takich knajp z widokiem na plac. Za ceviche, piwo i kawę wyszło tyle, co dzień później za trzy posiłki na lokalnym targu.

Druga lekcja: „obowiązkowe” wycieczki. W jednym peruwiańskim mieście wszyscy naganiali mnie na drogi zorganizowany wypad do pobliskich ruin. W hostelu ktoś rzucił: „Weź lokalny autobus za 5 zł, dojdziesz z przystanku w 20 minut”. Zrobiłem tak. Zaoszczędziłem kilkadziesiąt złotych i nie musiałem robić zdjęć na komendę.

Trzecia sytuacja: pamiątki na lotnisku. W Buenos Aires w ostatniej chwili chciałem kupić magnesy i mate „dla rodziny”. Rachunek bolał tak bardzo, że do dziś przed zakupami liczę, ile to samo kosztowałoby w sklepie dwa dni wcześniej.

W praktyce najbardziej przydawały mi się proste aplikacje. Do noclegów – te same klasyki, co wcześniej. Do śledzenia wydatków miałem jedną prostą apkę budżetową, gdzie wrzucałem wszystko od biletów autobusowych po kawy na stacji. Do poruszania się po miastach korzystałem z nawigacji offline, a przy targowaniu się na bazarach pomagał mi tłumacz w telefonie. Pokazanie sprzedawcy ceny na ekranie działało zaskakująco dobrze.

Przed wyjazdem spędziłem trochę czasu, sprawdzając koszty życia i ceny jedzenia czy noclegów w serwisach w stylu HikersBay oraz w ich sekcji z cenami hoteli i noclegów Ceny hoteli i noclegów HikersBay. Dopiero po tym zacząłem układać trasę – nagle okazało się, że zmiana kolejności państw może ładnie ułożyć się finansowo.

2025 dorzuca jeszcze temat walut. W Argentynie jednego dnia przeliczniki wyglądają zachęcająco, a tydxień później plan budżetu wywraca się na lewą stronę. Warto tego pilnować na bieżąco, szczególnie gdy siedzisz gdzieś w Patagonii i najbliższy bankomat jest trzy godziny drogi dalej.

Mimo kombinowania czasem płaciłem świadomie więcej. Za wejście na konkretny trekking, za rejs łódką, za wizytę w lokalu polecanym przez lokalsów, który nie był najtańszy. Po powrocie do domu pamięta się raczej te momenty niż to, że zaoszczędziło się 12 zł na jednym obiedzie.

Gdzie dalej? Jeśli połkniesz bakcyla taniego podróżowania

Po kilku tygodniach w autobusach, hostelach i tanich jadłodajniach człowiek albo ma dość, albo zaczyna szukać kolejnych kierunków. Jeśli poczujesz klimat podróżowania „na budżecie”, może cię zaciekawić przeskok w zupełnie inny świat ulicznego jedzenia i porównań z tym, co jadłeś w Ameryce Południowej – zajrzyj do tekstu Tajskie desery uliczne dla początkujących: słodkie, dziwne i zaskakująco tanie.

Jeśli interesuje cię, jak różnie świat podchodzi do przestrzeni publicznej, czystości i codziennych drobiazgów, to dobrą kontynuacją może być tekst Dlaczego w Japonii prawie nie ma koszy, a ulice są tak czyste? Kulisy „paradoksu czystości”, bo kulisy codzienności bywają ciekawsze niż kolejne „must see”.

A kiedy po andyjskich trekkingach przyjdzie ochota po prostu zanurzyć twarz w ciepłym oceanie, przy wyborze wysp na pierwszy snorkeling może się przydać tekst Teneryfa czy Fuerteventura na pierwszy snorkeling? Gdzie lepsze miejsca i niższe ceny. A Ameryka Południowa? Spokojnie, ona nie ucieknie – ważne, żeby w końcu kliknąć „kup bilet”.

O autorze

Sebastian Boguszewicz

Podróżnik, fotograf podróżniczy. Architekt oprogramowania. https://500px.com/p/sebbie1o1