Dlaczego Ameryka Południowa wciąż jest rajem dla głodnych podróżników z ograniczonym budżetem
Pierwszy dzień w Limie. Zamawiam talerz ryżu z rybą, sałatką, zupę na start i sok z marakui. Płacę mniej więcej 18–20 zł. Tego samego dnia przypominam sobie sałatkę z lotniska we Frankfurcie za ponad 40 zł. Mój żołądek i portfel jednogłośnie stwierdzają: „Tu nam się podoba”.
Jeśli lecisz pierwszy raz do Ameryki Południowej i martwisz się, czy budżet wytrzyma jedzenie na mieście, spokojnie. Z aktualnych przewodników podróżniczych i relacji (South America Backpacker przewija się regularnie) widać, że kontynent nadal daje świetną proporcję jakości do ceny. To nie są czasy obiadów za równowartość biletu autobusowego, ale wciąż da się tu jeść lokalnie, dobrze i tanio, bez sprawdzania konta po każdym rachunku.
Pamiętam obiad na targu w Boliwii, w Sucre. Zupa, drugie danie z kurczakiem, ziemniakami, ryżem, do tego sok. Zapłaciłem jakieś 7–8 zł. Kilka dni wcześniej za małą kawę na lotnisku we Frankfurcie wydałem więcej. Z tego poziomu kontrastu trudno się potem otrząsnąć.
W tym tekście opowiem o trzech kulinarnych „półkach cenowych”, które mieszałem przez kilka miesięcy: street food, tanie restauracje z menu dnia i zakupy w marketach. Tło stanowią Kolumbia, Peru, Boliwia, Argentyna, Chile i Brazylia – bez akademickiej dokładności, za to z realnymi kwotami, które wychodziły mi przy kasie. Do planowania budżetu przed wyjazdem pomagałem sobie serwisami z danymi o kosztach życia i cenach noclegów, w tym narzędziami HikersBay. Dzięki temu już z domu widziałem, gdzie lunch będzie bliżej 10, a gdzie 20 zł.
Po drodze dorzucę też kilka patentów, jak nie przepłacić i jednocześnie nie spędzić dwóch dni w hostelu z herbatą z rumianku i ryżem na wodzie.
Street food w Kolumbii, Peru i Boliwii: syty obiad za cenę kawy
Najwięcej radości w Ameryce Południowej daje jedzenie z ulicy i targów. Kolumbia, Peru, Boliwia – tu uliczne jedzenie wciąż karmi naprawdę, a nie tylko „robi klimat”.
W Medellín dzień zaczynałem od arepy. Kukurydziany placek z serem lub jajkiem, czasem z mięsem. Za jedną, solidnie wypchaną, płaciłem 4–6 zł. Dwie takie i byłem spokojny do południa. Do tego czarna kawa za 2–3 zł, pita przy stojącym stoliku, wśród ludzi w drodze do pracy.
W Limie zakochałem się w ceviche z ulicznego stoiska niedaleko Oceanu Spokojnego. Nie był to fancy lokal z białym obrusem, tylko metalowy wózek i plastikowe krzesła. Miska bardzo świeżej ryby w limonce, kolendra, cebula, kukurydza. Zapłaciłem ok. 18–22 zł. W Europie za coś o podobnym poziomie smaku zostawiłbym spokojnie trzy razy tyle.
Boliwia to inna bajka. Coś w rodzaju „street foodu XXL za drobne”. W Sucre, Potosí, La Paz na targach jadłem almuerzo dnia – zupa, drugie danie, czasem deser – za 8–12 zł. To były porcje dla pracujących mieszkańców, nie degustacyjne talerzyki dla turystów. Pamiętam, jak w małej jadłodajni w Sucre poprosiłem o jedną empanadę na próbę. Kelnerka spojrzała na mnie z takim politowaniem, jakby chciała powiedzieć: „Chłopie, co ty z tym zrobisz?”. Po chwili sama dołożyła drugą. Rachunek? Jakieś 3–4 zł łącznie.
Różnice między krajami czuć od razu. Boliwia jest wyraźnie tańsza niż Chile czy Argentyna, ale jedzenie bywa proste, cięższe, mniej „instagramowe”. W Peru ceny są wyższe niż w Boliwii, ale w Limie można za niewielkie pieniądze spróbować kuchni, która w europejskich restauracjach uznawana jest za jedną z najlepszych na świecie. Za zestaw z zupą, drugim daniem i napojem płaciłem zwykle 12–20 zł. Sok z targu – świeżo wyciskany, litr do kubka – 5–7 zł.
Street food sprawdzał mi się idealnie na lunch i szybką kolację. Szczególnie gdy chciałem spróbować kilku rzeczy naraz albo gdy dzień był intensywny i nie miałem ochoty siedzieć godzinę w restauracji. Mniej dobrze działał przed dłuższymi nocnymi przejazdami autobusem. Po jednym z takich „odważnych” kurczaków z plastikowego krzesełka, zjedzonym godzinę przed wyjazdem, przesiedziałem pół nocy, modląc się, żeby autobus robił częstsze postoje.
Co z bezpieczeństwem? Obserwowałem, gdzie jedzą miejscowi. Jeśli do stoiska stoi kolejka, a jedzenie znika szybko – jest dobrze. Omijałem dania, które w pełnym słońcu spędzały Bóg wie ile godzin. Wodę brałem butelkowaną lub z własnego filtra, lód z niepewnych źródeł odpuszczałem. Przy cenach rzędu kilku złotych za posiłek nie ma sensu heroicznie oszczędzać na higienie.
Tanie restauracje i menu dnia w Argentynie, Chile i Brazylii: kiedy warto dopłacić kilka złotych
Po kilku dniach jedzenia na ulicy wejście do zwykłej restauracji na rogu potrafi dać poczucie awansu społecznego. Nagle jest obrus (czasem lekko poplamiony, ale jest), prawdziwe sztućce, ktoś podaje ci wodę do stolika. A rachunek wcale nie zabija.
W Buenos Aires polubiłem menu del dia w prostych barach poza turystycznym Palermo. Za zupę, danie główne i czasem deser płaciłem 30–45 zł. To nadal mniej niż pojedynczy lunch w wielu miastach Europy, chociaż wyraźnie więcej niż boliwijskie garkuchnie. Stek z frytkami w niedrogiej parrilli na dzielnicy, z kieliszkiem domowego wina, kosztował mnie około 55–70 zł. Jakość mięsa – zupełnie inna liga niż to, co zwykle widuję w „steak house’ach” w domu.
Chile jest droższe. W Santiago za talerz makaronu z owocami morza w małej restauracji, parę ulic od centrum, płaciłem 45–55 zł. Lunchowe zestawy w lokalach, w których jadają pracownicy okolicznych biur, kręciły się wokół 35–50 zł. Za to obsługa zwykle bardzo sprawna, a ryby i owoce morza świeże, bez wymyślania.
Brazylia dała mi pojęcie „prato feito” – talerz dnia: ryż, fasola, mięso, sałatka. W Rio, jeśli odejdzie się kilka ulic od Copacabany, możba zjeść taki zestaw za 30–40 zł. Raz w Ipanemie, z czystej ciekawości, zamówiłem feijoadę w miejscu z pięknym widokiem. Rachunek przekroczył 80 zł, a porcją spokojnie najadłyby się dwie osoby. Smaczne, ale wiedziałem, że to bardziej dopłata za widok niż za fasolę.
Najlepszy stosunek ceny do smaku najczęściej znajdowałem w rodzinnych knajpach, polecanych przez gospodarzy hosteli albo kierowców taksówek. Zero neonów, zero wystroju pod Instagram, za to porządne porcje i rachunek, który nie podnosi ciśnienia.
W dzielnicach typowo turystycznych ceny potrafią odlecieć. Copacabana w Rio, Palermo w Buenos Aires, ścisłe centrum Santiago – tu lunch potrafił kosztować dwa, trzy razy więcej niż kilka przecznic dalej. Przed wyjazdem przeglądałem dane o cenach w różnych miastach na serwisach typu HikersBay, razem z orientacyjnymi kosztami noclegów. Dzięki temu pierwszy rachunek nie był szokiem, raczej potwierdzeniem: „Okej, tu jest drożej, ale dalej w kraju będzie lżej”.
Tanie restauracje doceniłem szczególnie wtedy, gdy żołądek po kilku eksperymentach z ulicą zaczynał protestować. W menu dnia częściej trafiałem na świeższe mięso, lepiej myte warzywa, trochę bardziej „kontrolowane” warunki niż przy plastikowym stoliku na rogu.
Zakupy w marketach, gotowanie samemu i małe sztuczki, dzięki którym nie przepalisz budżetu
Po tygodniu stołowania się na mieście złapałem się na tym, że marzę o kanapce z pomidorem i żółtym serem. Zero sosów, zero ryżu, po prostu coś banalnego. Wtedy lądujesz w lokalnym markecie i nagle twoja podróż z „eksploracji smaków” zamienia się w „polowanie na promocje”.
W Peru i Boliwii zakupy w supermarketach zazwyczaj wychodziły korzystnie. Chleb, ser, kilka pomidorów, owoce, jogurt, woda, garść przekąsek – za zapas na dwa śniadania płaciłem około 20–30 zł. Do tego banany za grosze i lokalne słodycze na później. Jeśli hostel miał kuchnię, dorzucałem makaron, sos pomidorowy, trochę warzyw. Kolacja dla dwóch osób za 10–15 zł na głowę nie była niczym niezwykłym.
W Chile klimat się zmieniał. Spora część cen zbliżona do tego, co znam z Europy, szczególnie sery, nabiał, słodycze z importu. Dało się oczywiście złożyć budżetowe śniadanie, ale rachunki bardziej bolały. Podobnie w Brazylii – lokalne owoce, ryż, fasola były rozsądne, ale za zachodnie produkty w koszyku szybko płaciłem jak w domu. Argentyna była mieszaną układanką: niektóre rzeczy śmiesznie tanie, inne podejrzanie drogie, do tego dochodził kurs waluty i lokalne zawirowania cenowe.
Kiedy zakupy mają sens finansowy? Widziałem dwie sytuacje. Pierwsza: zostajesz w jednym miejscu dłużej i masz kuchnię. Wtedy nawet proste gotowanie (warzywa z patelni, ryż, jajka) realnie odciąża budżet. Druga: centrum jest drogie, a ty nie masz ochoty po raz trzeci płacić 30 zł za średnią kawę i suchą bułkę. Wtedy kanapka zrobiona w hostelu ratuje dzień.
Małe triki? Lokalne targowiska zamiast dużych sieci. Owoce sezonowe, które są wszędzie i kosztują grosze. Unikanie importowanych rzeczy „z zachodu” – moja głupia zachcianka na europejską czekoladę w chilijskim markecie zakończyła się rachunkiem, za który miałbym porządny lunch. I klasyka: nie chodzić po zakupy głodnym, bo nagle do koszyka wpadają trzy razy większe ilości jedzenia, niż realnie jesteś w stanie zjeść.
Od czasu do czasu lądowałem też w globalnych sieciówkach. Czasem z lenistwa, czasem po prostu dlatego, że wszystko inne było zamknięte. Burgery, kawa w znanych sieciach – bywało, że ceny były porównywalne z lokalnymi knajpami, więc wcale nie wychodziło ultra tanio. Jeśli planujesz budżet na codzienne śniadania i kawę w podróży, przydaje się spojrzenie na zestawienia w stylu analizy cen śniadań i kawy w McDonald’s. Łatwiej wtedy zorientować się, czy sieciówka to realna oszczędność, czy tylko „bezpieczna” opcja z przyzwyczajenia.
Gotowanie samemu nie zawsze wychodzi najtaniej – gaz, przyprawy, olej, których nie zużyjesz do końca, potrafią wypchnąć rachunek w górę. Ale daje dwie rzeczy: kontrolę nad tym, co ląduje na talerzu, i chwilę przerwy od smażonego mięsa i ryżu, które dominują w wielu tanich jadłodajniach.
Jak jeść lokalnie, tanio i bezpiecznie: pierwsza podróż po Ameryce Południowej bez stresu o żołądek i portfel
Po kilku miesiącach włóczenia się z plecakiem po Ameryce Południowej wyszło mi, że najrozsądniejszy dla portfela i żołądka jest miks wszystkiego. Street food na szybki głód i lokalny smak. Lunch w taniej restauracji, gdy chcesz usiąść, odetchnąć, mieć normalną toaletę i trochę spokoju. Zakupy w markecie na śniadania i proste kolacje w hostelu, żeby nie mieć wrażenia, że żyjesz wyłącznie na smażonym.
Do tego kilka nawyków bezpieczeństwa, które po pierwszych wpadkach weszły mi w krew. Zawsze miałem przy sobie butelkę z filtrem lub kupowałem wodę w większych baniakach i rozlewałem do mniejszych. Ręce i owoce myłem obsesyjnie, szczególnie te jedzone na surowo. Zanim usiadłem w lokalu, patrzyłem, czy jest pełen osób z okolicy, czy świeci pustkami przy pełnej ulicy. Pierwszego dnia w nowym miejscu raczej odpuszczałem surowe owoce morza z ulicy. Egzotyka jest super, ale niekoniecznie od razu po przylocie.
Raz w Limie przegiąłem. Zjadłem podejrzanie tanie ceviche w godzinie, gdy słońce grzało już ostro, a klientów było mało. Dwa dni później oglądałem miasto głównie z perspektywy łóżka w hostelu. To uczy pokory szybciej niż niejedna książka o podróżowaniu.
Przy tym wszystkim coraz częściej myślę o odpowiedzialnym podróżowaniu. O tym, żeby nie zostawiać po sobie syfu, nie drenować lokalnych społeczności i nie niszczyć przyrody w imię taniej atrakcji. Jeśli patrzysz na świat podobnie, to bardzo polecam tekst o eko-snorkelingu w Tajlandii – świetnie pokazuje, że da się podróżować budżetowo i jednocześnie nie dokładać się do niszczenia miejsc, które oglądamy.
W podobnym klimacie przydaje się też znajomość lokalnych przepisów. Niby zbieranie muszelek czy korali z plaży to niewinny gest, a potem wjeżdża mandat. Temat dobrze rozkłada tekst o mandatach za korale i piasek z tajskich plaż. Inny kontynent, ale mechanizm ten sam: warto wiedzieć, w co się człowiek pakuje, zanim zacznie „kolekcjonować pamiątki”.
Ameryka Południowa ciągle jest miejscem, w którym da się jeść dobrze, ciekawie i niedrogo. Trzeba tylko poświęcić chwilę na rozeznanie cen, skorzystać z narzędzi pokroju HikersBay do ogarnięcia kosztów życia i noclegów, a na miejscu zamiast gonić za „must have” z Instagrama, usiąść przy stoliku tam, gdzie jedzą ludzie z sąsiedztwa. To zwykle właśnie tam kończą się najlepsze posiłki i najciekawsze rozmowy.