Podróże

Ha Giang na skuterze i pieszo: mój realistyczny plan na aktywną pętlę na północy Wietnamu

Ha Giang na skuterze i pieszo: mój realistyczny plan na aktywną pętlę na północy Wietnamu

Ha Giang na żywo: dlaczego samo kręcenie pętlą skuterem to za mało

Pierwszy zakręt za Ha Giang i od razu pytanie w głowie: „Co ja tu robię na tym skuterze?”. Asfalt wije się jak makaron, z jednej strony ściana skały, z drugiej przepaść, a na środku drogi autobus, który najwyraźniej wierzy w życie po życiu.

Ha Giang Loop to ta słynna pętla w północnym Wietnamie, o której każdy coś słyszał. „Must do”, „najpiękniejsza trasa w kraju”, „Instagram level hard”. I faktycznie, widoki są takie, że człowiek przestaje mówić pełnymi zdaniami. Ale po pierwszym dniu miałem poczucie, że samo siedzenie na skuterze to trochę za mało. Za szybko. Zbyt z perspektywy asfaltu.

Wysoki sezon zrobił swoje: kolumny skuterów, easy riderzy, grupy w identycznych kaskach. Ładne, tylko mało osobiste. Dopiero kiedy pierwszy raz zostawiłem skuter pod homestayem i poszedłem na kilka godzin pieszo, między tarasy ryżowe i kukurydzę, wszystko kliknęło. Nagle zamiast „epickich widoków z przełęczy” były konkretne twarze: Hmongowie, Dao, Tay, dzieciaki goniące psy, babcie siedzące nad wiązką ziół.

Przed wyjazdem próbowałem ogarnąć, ile w ogóle odkładać na taki wypad. Przeklikałem sporo stron, ale finalnie najwięcej dały mi ceny hoteli i ogólne koszty podróży w Wietnamie na HikersBay. Po godzinie klikania wiedziałem mniej więcej, że północ będzie wyraźnie tańsza niż Hanoi, a budżet dzienny nie zje mi wątroby. Potem zostało już tylko… bać się pierwszego dnia serpentyn.

Strach minął mniej więcej po trzecim zakręcie, na którym skuter nie wyleciał w kosmos. Już pod koniec dnia zamiast trzymać się głównej drogi, zacząłem zjeżdżać w boczne, błotniste odnogi „na pałę”, bo nagle bardziej niż kolejny punkt widokowy kręciło mnie to, co jest za następnym pagórkiem.

Po drodze były też małe potknięcia. Wieczorny checkpoint, policjant prosi o dokumenty, zerka na paszport, po czym pyta o permit. Ja robię minę „jaki permit?”, on robi minę „serio?”, a potem macha ręką, mówi, żebym następnym razem ogarnął papiery w Ha Giang. Innym razem złapał mnie deszcz tak nagle, że po dziesięciu minutach miałem wodę w butach, a po dwudziestu w zasadzie płynąłem. Wtedy szukanie homestayu przestało być romantyczną sceną z filmu, a stało się sprintem z plecakiem.

Poniżej mój bardzo ziemski, 4–5-dniowy zarys trasy, gdzie jazda skuterem miesza się z trekkingiem. Nie jest to encyklopedia. To plan, który działał dla mnie i który bez problemu da się przerobić pod swój styl, kondycję i poziom zamiłowania do błota.

Realistyczny plan na 4–5 dni: jak połączyć Ha Giang Loop ze szlakami pieszymi

Dzień 0 to pierwszy filtr, kto ma w sobie choć odrobinę instynktu samozachowawczego. Przyjeżdżam do Ha Giang późnym popołudniem, łapię prosty hostel w centrum, zostawiam plecak i idę ogarnąć skuter. Wypożyczalnie wyrastają tu co kilkadziesiąt metrów. Za półautomata zapłaciłem około 80 zł za dobę, w tym sensowny kask i podstawowe ubezpieczenie na sam sprzęt.

Wieczorem robię małą rundę po okolicy, te 10–15 km, tylko po to, żeby przyzwyczaić się do ruchu. Światła skuterów, klaksony, psy wchodzące na drogę bez pytania. Po godzinie już wiem, że następnego dnia nie chcę robić 200 km na raz. Wolę krócej jechać, a dłużej chodzić.

Pierwszy „prawdziwy” dzień to start z Ha Giang w stronę Dong Van. Realnie, bez spiny, wyszło mi około 5 godzin czystej jazdy z widokowymi przerwami. Po drodze co chwilę jest powód, żeby się zatrzymać: tarasy ryżowe, przełęcze, kawy w plastikowych krzesełkach.

Na noc zatrzymałem się w okolicach Yên Minh. Homestay prowadzony przez rodzinę Tayów, łóżko w zbiorowym dormie, kolacja i proste śniadanie – około 65 zł za wszystko. Najlepszą częścią dnia był jednak późne popołudnie: zostawiłem skuter pod domem i poszedłem na 2–3 godziny w góry. Najpierw ścieżką między polami kukurydzy, potem bardziej w stronę tarasów ryżowych. Zero oznaczeń, tylko wskazówki gospodarza: „idź za dzieciakami do szkoły, potem trzy razy w prawo”. Zadziałało.

Drugi dzień to kluczowy odcinek z Ma Pi Leng Pass. Sama przełęcz jest spektakularna, ale dopiero zejście pieszo w dół do wiosek nad rzeką robi robotę. Tu przydał się lokalny przewodnik, którego ogarnęliśmy dzień wcześniej przez homestay – za około 70 zł od osoby za kilka godzin chodzenia. Bez niego błądziłbym pewnie po polach i wrócił po ciemku.

Trekking w dół i z powrotem w górę zajął nam jakieś 4–5 godzin. Po drodze mijaliśmy małe domy Hmongów, ścieżki tak wąskie, że jeden z zakrętów zaliczyłem bokiem w krzaki. Fajnie, ale czuć w nogach. Tego dnia i tak wyszło około 3–4 godzin jazdy skuterem, więc wieczorem w Dong Van padłem razem z telefonem.

Trzeci dzień był spokojniejszy. Z Dong Van ruszyłem w stronę Meo Vac i dalej na południe. Cel na ten odcinek: mniej asfaltu, więcej chodzenia. Zatrzymałem się w małej wiosce gdzieś między Meo Vac a Du Gia (gospodarz machnął ręką na mapę „tu, tu w okolicy”). Homestay za około 55 zł z kolacją. Rano rodzina zaproponowała krótki, 2–3-godzinny trek po okolicznych polach i lasach, za który dorzuciłem im po prostu trochę dongów do rachunku.

Czasy wyglądały mniej więcej tak: 3 godziny spokojnej jazdy skuterem, 3–4 godziny trekkingu. Więcej chodzenia w górach po dwóch ostrych dniach na pętli nie miałoby sensu. Widziałem ludzi, którzy już w połowie trasy zsuwali się z siedzeń jak makaron, bo wszystko bolało.

Czwarty dzień to powrót w stronę Ha Giang. Można zrobić to jednego dnia, ale jeśli masz czas, dorzuć dodatkowy dzień w mniej znanej dolinie. U mnie padło na okolice doliny Du Gia – trafiłem tam trochę z polecenia innych podróżników z homestayu, trochę z opisów na vietnammarveltravel.com, gdzie wcześniej szukałem inspiracji na mniej uczęszczane trasy.

W Du Gia końcówkę dnia spędziliśmy nad wodospadem, potem krótki spacer po wioskach, dzieciaki grające w piłkę, klasyka. Rano jeszcze mały trekking z lokalnym chłopakiem, który prowadził ścieżką przez tarasy, gdzie normalnie nigdy bym nie wlazł, bo wyglądały na czyjąś prywatną działkę. Dopiero po tym wróciłem do Ha Giang, jakieś 4–5 godzin jazdy ze swobodnymi przerwami.

Ten cały plan to tylko rama. Na miejscu i tak wszystko trochę się rozjedzie – bo deszcz, bo pogaduszka przy herbacie przeciągnie się o dwie godziny, bo ktoś akurat zaprosi na wesele w wiosce (tego akurat nie odrzuca się lekko).

Koszty, zezwolenia i pogoda: kiedy Ha Giang jest przyjemną przygodą, a kiedy udręką

Jeśli chodzi o kasę, Ha Giang okazało się łaskawe. Skuter: około 80 zł za dobę. Paliwo wychodziło mniej więcej 15–20 zł dziennie, przy jeździe 70–100 km. Homestaye z kolacją i śniadaniem kosztowały mnie od 50 do 70 zł za noc. Prosty lunch przy drodze – ryż, trochę warzyw i mięsa, herbata – zazwyczaj w okolicach 10–15 zł.

Cała 4–5-dniowa pętla zamknęła mi się w przedziale 550–700 zł na osobę, razem ze skuterem, jedzeniem, noclegami, permitami i drobnymi wydatkami po drodze. Bez szaleństw, bez luksusów, ale też bez liczenia każdego piwa.

Jeszcze przed wyjazdem porównałem sobie ceny hoteli w różnych regionach Wietnamu na HikersBay i mocno uspokoiło mnie to, że północ faktycznie jest tańsza niż Hanoi czy Ho Chi Minh. Z grubsza wiedziałem więc, że jak będę spał głównie w homestayach, to budżet nie poleci w kosmos.

Drugi temat to permit, czyli papier potrzebny w rejonach przygranicznych z Chinami. Wygląda to jak niewinny papierek, ale jego brak może skończyć się cofnięciem z checkpointu, mandatem albo po prostu nieprzyjemną rozmową z policją. Ja swój załatwiłem w Ha Giang przez biuro przy jednym z hosteli, zapłaciłem równowartość około 40 zł. Wszystko zajęło może 20 minut, paszport, zdjęcie, trochę czekania.

Kontrola, o której wspomniałem wcześniej, odbyła się o zmroku. Checkpoint na poboczu, plastikowy stolik, czterech panów w mundurach. Zatrzymują, proszą o dokumenty, potem pytanie o permit. Wtedy jeszcze go nie miałem – nie ogarnąłem, że w tę konkretną stronę będę jechał. Chwila spięcia, dwa telefony, krótkie „next time” i machnięcie ręką. Miałem szczęście. Następnego dnia pierwsze, co zrobiłem, to załatwienie papierów.

Do tego dochodzi klasyka: prawo jazdy. Jeśli chcesz spać spokojnie, miej międzynarodowe uprawnienia i ubezpieczenie, które faktycznie obejmuje jazdę skuterem. I kask, który naprawdę chroni głowę, a nie tylko ładnie wygląda na zdjęciu.

Trzeci filar tej zabawy to pogoda. U mnie deszcz pojawił się drugiego dnia, nagle i bez litości. Droga zamieniła się w lustro wody, a ścieżka trekkingowa w błotnistą zjeżdżalnię. Z zejścia, które miało trwać dwie godziny, zrobiło się trzy i pół, z ciągłym kontrolowaniem, czy znowu nie wyląduję tyłkiem w błocie.

Na skuterze też czuć każdą kroplę. Hamowanie na mokrym asfalcie na serpentynach to zupełnie inna gra niż w słoneczny dzień. Trochę podobnie jak w Khao Sok w Tajlandii – jeśli czytałeś tekst o sezonie deszczowym w Khao Sok, to wiesz, że tropikalny prysznic potrafi włączyć się znikąd. W górach Wietnamu jest podobnie – tylko że zamiast spaceru po dżungli masz skuter na krawędzi przepaści.

Przed planowaniem terminu wyjazdu sensownie jest więc zerknąć na dane klimatyczne i informacje o najlepszym czasie na wyjazd w serwisach z pogodą i klimatem, może też podbić na HikersBay, żeby zobaczyć, kiedy w tych rejonach jest najbardziej sucho. A potem i tak spakować przeciwdeszczówkę.

Brak przygotowania na deszcz i brak permitu psują taki wyjazd szybciej niż najgorsze zdjęcie z drona.

Gdzie łapać aktualne miejscówki, lokalnych przewodników i co dalej po Ha Giang

Najprostszy sposób na znalezienie lokalnych przewodników w Ha Giang odkryłem trochę przypadkiem. Wieczór, homestay, na stole ryżowe wino, wokół kilku podróżników z różnych krajów. W pewnym momencie gospodarz wyciąga telefon, otwiera mapę i zaczyna pokazywać ścieżkę przez tarasy: „tu można iść, tu już nie, bo ostatnia ulewa zabrała pół mostków”. Rano okazało się, że nie żartował – część przejść była dosłownie zmyta.

Najlepsze informacje są właśnie przy takich stołach. Inni podróżnicy mówią, skąd wrócili, którędy nie iść, bo pies za bardzo pilnuje terenu, gdzie są nowe homestaye w wioskach Hmongów, a którędy da się zejść nad rzekę bez robienia z siebie komiksowego bohatera w błocie po pachy.

Drugi kanał to lokalne agencje w samym Ha Giang. Sporo z nich ma przed wejściem tablice z wypisanymi trekkingami na 1–2 dni, często z podziałem na poziom trudności. Da się z nimi dogadać przewodnika tylko na fragment trasy, bez pakowania się w pełen zorganizowany tour.

Trzecia opcja to internetowe strony i blogi z opisami tras. U mnie ważnym punktem startu był serwis vietnammarveltravel.com – wyłuskałem z niego parę mniej znanych szlaków i dolin, które później weryfikowałem już na miejscu z gospodarzami. Bo mapa w sieci swoje, a rolnik z maczetą swoje.

W górach północnego Wietnamu lokalny przewodnik to nie jest fanaberia. Ścieżki często biegną przez prywatne pola, giną w trawie, zmieniaą się po każdym większym deszczu. Do tego dochodzi bariera językowa i zwykły szacunek: dobrze jest mieć kogoś, kto zna ludzi po drodze, wie, gdzie można wejść, a gdzie wypada się zatrzymać.

Jeśli Ha Giang wciągnie cię tak jak mnie, to pewnie po powrocie do Ha Giang City zaczniesz zadawać to samo pytanie, co ja: „Co dalej?”. Ten miks jazdy i trekkingu łatwo przenieść w inne miejsca.

Przy planowaniu dłuższych, bardziej trekingowych wyjazdów bardzo przydał mi się na przykład tekst o Patagonii krok po kroku z Polski. Pokazuje podobne, „wolniejsze” podejście: mniej sprintu między atrakcjami, więcej czasu na nogach.

A jeśli już teraz w głowie układasz budżet nie tylko na Wietnam, ale też na kolejne lata, sensownie jest rzucić okiem na artykuł o nowych przepisach 2025–2026 i kosztach podróży do Japonii i innych kierunków. Dobrze wiedzieć, jak bardzo portfel zaboli za dwa lata, zanim się człowiek wkręci w kolejną, jeszcze większą pętlę.

Ha Giang ma jedną prostą lekcję: im wolniej jedziesz i im więcej chodzisz pieszo, tym mocniej ta część Wietnamu zostaje w głowie po powrocie. Skuter jest tylko biletem wstępu. Najciekawsze zaczyna się tam, gdzie kończy się asfalt.

O autorze

Sebastian Boguszewicz

Podróżnik, fotograf podróżniczy. Architekt oprogramowania. https://500px.com/p/sebbie1o1